O Bogu, który nie potrafi być sam

Kiedyś zawiozłem do nich kolejne dziecko. Mieli kilkoro własnych, dwójkę adoptowali, zgłosili się jako rodzina zastępcza. W tamtym czasie mieszkali w bardzo skromnych warunkach – powódź zabrała im dom. Zastałem Pana Kaja przy pracy ale od razu, na nasz widok, przerwał. Pojawił się kompot i ciasto domowej roboty, żona Pana Kaja natychmiast zajęła się Agnieszką, a my – mężczyźni poświęciliśmy trochę czasu na rozmowę. Przeprosił mnie i zapytał, czy mógłbym mu towarzyszyć w pracy i tam możemy nadal rozmawiać, bo musi zdążyć przed wieczorem – to jedno z takich zajęć, którego nie można przełożyć – trzeba było je zrobić, dokończyć w tym momencie. Rozmawialiśmy o ich życiu – dlaczego tak żyją. Opowiadał o swoich dzieciach, niektóre już wybyły z domu. Wie ksiądz, mieliśmy trójką własnych, doszliśmy z żoną do wniosku, że za mało. Potem adoptowaliśmy jeszcze dwoje, teraz rodzina zastępcza. Wie ksiądz bo miłość trzeba dzielić.